Każdy tańczy po swojemu, każdy ma swój ulubiony style pląsania. Jeden lubi tradycyjne formy towarzyskiej zabawy – walc wiedeński, czy walc angielski, albo polonez, drudzy lubują się w rock and rollowych wygibasach, jeszcze inni uwielbiają sambę, rumbę, czy salsę. Jest również wielu fanów breakdance`a, czy choćby capoeiry, która co prawda jest sztuką walki, jednakże ma wiele wspólnego z tańcem (tym bardziej, że pochodzi z roztańczonej Brazylii). Owszem, większość z nas niespecjalnie zna te tańce, a bynajmniej nie zna ich kroków, nie potrafi się poruszać jak wytrawni tancerze. Większość z nas porusza się w tańcu na tyle na ile potrafi, na tyle na ile chce. I nie można się z tego naśmiewać, trzeba raczej doceniać, że ludzie po prostu lubią tańczyć i starają się jakoś to robić. Jednak chciałbym zauważyć, że z drugiej strony coraz więcej osób docenia taniec jako formę bardziej zaawansowaną, trudniejszą, taką której trzeba się wyuczyć przez ciąg ostrych, męczących i długich treningów. I nie mam na myśli jedynie uczenia się konkretnego tańca przez młodą parę, aby tylko dobrze wypaść w trakcie weselnego „pierwszego tańca”. Po prostu dzisiaj coraz więcej ludzi interesuje się takimi formami tańca jak te, które wspomniałem we wstępie. Mam wielu znajomych, którzy zapisali się do różnego rodzaju klubów tanecznych, do trenerów, którzy przyuczają ich w tańcu towarzyskim. Po prostu ludzie coraz częściej nie chcą być jedynie biernym obserwatorem podziwiającym taniec innych. Teraz każdy chce być również tym podziwianym, a może raczej po prostu robić to samemu, dla własnej wewnętrznej satysfakcji. Cenię sobie to bardzo, bo oznacza to, że ludzie robią się w coraz większym stopniu ambitnie. To bardzo dobrze, że nie stoimy już tylko z boku, ale i staramy się uczestniczyć w tego typu zajęciach. Niekiedy zamiłowanie do określonego tańca jest dużo, dużo większe niż jedynie chęć nauczenia się kroków. Mam wielu znajomych, którzy prócz wyuczenia się tanecznych kroków i stosowaniu ich w trakcie nawet najzwyklejszych wypadów do klubów muzycznych, marzą o czymś więcej. Marzą o wyjechaniu do ojczyzny danego tańca. Jedni by chcieli pojechać do Brazylii, by w jej samym sercu poczuć smak prawdziwej, nie skażonej żadnymi domieszkami samby. Inni marzą o wyjechaniu na Kubę, by nie tylko tańczyć salsę, ale poczuć prawdziwy klimat doskonałych tancerzy, by poznać ludzi, którzy włożyli w dany taniec wiele serca. Jeszcze inni pojechaliby do Argentyny, aby to tam zasmakować prawdziwie oryginalnego tango! To już nie jest zwykłe pląsanie na parkiecie, ale ogromna fascynująca pasja! To bardzo fajnie, że ludzie nie tylko interesują się pewnymi formami tańca, ale oni wręcz tymi formami żyją! Realizują się w nich! Dzięki nim są bardzo, bardzo szczęśliwi. Tym bardziej, że mam wrażenie, że dla nich nie jest istotne, czy w trakcie wyjazdu, do choćby wspomnianej Argentyny, zwiedzą przy okazji jakieś zabytki miejscowej kultury, czy będą jeździć po kraju i poznawać różne jego zakątki, przyrodę, zwierzęta, historię. Dla nich liczy się przede wszystkim to, żeby znaleźć się w samym sercu ojczyzny ukochanego tańca i by zasmakować go u swoich korzeni! To na prawdę bardzo fascynujące.